megaira blog

Twój nowy blog

Brak komentarzy

Enałsment

1 komentarz

To może zacznę od disclaimera.
Nie było mi tu źle. Ale od pewnego czasu zaczęło być niefunkcjonalnie. Edycja szablonu w czystym htmlu, była dla mnie frajdą jakieś osiem lat temu. Brak możliwości wrzucania obrazków, zaczął dotkliwie wkurzać. Poza tym pomysł na bloga uległ zmianie. W życiu zdominowanym przez pracę i komputer coraz rzadziej trafiam okazje, które można by opisać, natomiast dużo częściej znajduję ciekawe linki, artykuły, ciekawostki. W dobie fotografii cyfrowej łatwiej mi sfotografować to, w czym uczestniczę niż to opisać. Kultura obrazkowa? Po części tak.
Zatem zmieniam miejsce i formułę na takie, które bardziej mi w tej chwili odpowiadają. Może tu kiedyś wrócę, a może to pierwsza z serii przeprowadzek.
A teraz zapraszam wszystkich chętnych do zabawy w Wirtualnej Piaskownicy.

Co dalej?

6 komentarzy

Powoli szykuję się do opuszczenia tego miejsca, które przez kilka dobrych lat pozwalało mi dać ujście frustracji, podzielić się radością, czy smutkiem.
Jednocześnie szykuję sobie nowe miejsce w sieci, coś zupełnie nowego. W najdosłowniejszym znaczeniu – pamiętnik internetowy. Stay tuned.

Nie, nic się nie stało.
Nie, nie likwiduję bloga.
Nie, nie mam akurat okresu.
Powiedzmy, że robię sobie wakacje.

Remanent

Brak komentarzy

Podobno jak kobieta chce coś w życiu zmienić to idzie do fryzjera.
Nic z tego, kłaki swoje kocham, nie dam chwilowo ich ruszyć. :)
Po szaleńczym maratonie praca-nauka, jakoś mi tak dziwnie, że to z pracy do domu i już, obowiązki wykonane.
A ja potrzebuję zmian, potrzebuję presji czasu, potrzebuję troche niepewności jutra, bo bez tego nie czuję, że żyję. To chyba objaw starzenia się, stan znudzenia sobą. Nie mylić z nudzeniem się. Mam pod dostatkiem książek, filmów, zaległości, planów. Co zupełnie nie przeszkadza mi być znudzoną swoją osobą, tym, że wiem, czego się po sobie spodziewać, że znam swoje reakcje, charakter, myśli, no wszystko jednym słowem. Patrzę w lustro i wiem, co tam zobaczę, wiem jak będę się jutro spieszyć, jak wyczekiwać w pracy na szpilkach openera. Że po weekendzie będę zmęczona, ale paradoksalnie wypoczęta. A wcześniej będę stać w tłumie ludzi, będzie grała muzyka, nawet wiem jakim torem potoczą się moje myśli. Bueee… czas sobie znowu znaleźć coś, czego jeszcze nie robiłam.

zainspirowana notkami i apelami Cloudy i Evvy pociągnęłam dziś ginekolożkę za język i zapytałam ją o tabletki versus możliwość zajścia w ciąże. W odpowiedzi pani doktór wyznała, że dawki hormonów w tabletkach niskodawkowych są liczone na statystyczną (pod względem wagi) kobietę. Więc w przypadku osób, które, wzrostem, wagą czy metabolizmem odbiegają od normy (swoją szosą ciekawe co uznawane jest za takową), tudzież zażyją w nieodpowiednim momencie chociażby paracetamol ich skuteczność może też odbiegać od normy. Heh, o tym też nie ma w ulotce.
A tak poza tym, to mam za sobą egzamin i choć na wyniki poczekam sobie jeszcze ze dwa miechy, to poczułam się jakbym zaczęła wakacje. Praca – jak zwykle dużo, ale wobec zakończonej chwilowo nauki, traktuję ją jako ciekawe hobby i miejsce, gdzie co dzień można popsuć coś nowego. :)
To teraz niech się jeszcze zrobi fajna pogoda, bo w weekend zamierzam pobaunsować sobie na openerze. :)

TEN dzień był świetny. Dzień po nim również. Nie chcę mi się pisać, ale za to na Photo-Meg relacja fotograficzna.

„Więc jeśli będzie jakieś za pół roku, to liczę tylko, że nadal będę miała dwie ręce, dwie nogi i głowę na karku. Że nadal będę umiała dostrzec piękno świata i się nim ucieszyć. Zasnąć spokojnie jak dziecko, powiedzieć sobie, rusz dupę Meg i iść przed siebie, wierząc, że gdzieś tam może…
A dokładnie za pół roku będzie siódmy czerwca i nie śmiem marzyć, że będzie ciepło i bezchmurnie. I że ubiorę wtedy letnią sukienkę i pójdę patrzeć na morze. I będę się cieszyć, że jest dobrze i pogodnie. Ale teraz takie mam marzenie, że piasek grzeje mi stopy, że jest przyjemnie i ciepło.”

Mineło pół roku. Było inne niż zakładałam, ale było warte czekania. Jest pięknie, ciepło, świątecznie. I zaraz zjem śniadanie, wezmę prysznic, ubiorę nową letnią kieckę i pójdę nad morze.

A niech, tam, najwyżej zamkną mi bloga i RIAA zapuka do drzwi, bo wszak jestem zwyrodnialcem i POPIERAM PIRACTWO. Wszak jeśli kupuję legalną płytę, z hologramem i piękną nalepką z ceną opiewającą na dziesiąt złotych to bardzo często płyta ta jest zabezpieczona przed zgrywaniem. W związku z czym nie mogę jej sobie (legalnie) skopiować na mp3playera. Ergo, kupując CD wyrzucam pieniądze w błoto. Bo potem i tak staje przed dylematem – co będzie prostsze – obejście zabezpieczeń (to już zapewne wykroczenie), czy też ściągnięcie z netu mptrójek. Taka jest kara za kupowanie legalnej muzyki. Masz pod górkę.
Dziś odkryłam, że podobnie jest w przypadku filmów. Nie mam pretensji, że jeśli kupuję gazetę z filmem będę zmuszona do obejrzenia reklamy sponsora. Ale dlaczego płacąc za legalne DVD nie mogę przewinąć tej reklamy ani opuścić sobie czytania pouczenia o tym, co wolno mi z nim zrobić (w pięciu językach!) pozostaje dla mnie tajemnicą i źródłem frustracji. Znowu piraci mają lepiej.
Obawiam sie, że podobną strategię będą niedługo stosować kina. W dobie RFID to żadna sztuka. Wystarczy, żeby w bilecie był tag radiowy, a przy wejściu na salę czujnik. System mógłby wtedy sprawdzać, czy ilość sprzedanych biletów równa się ilości osób na sali. W tym momencie na ekranie pojawia się napis „A teraz skoro Państwo się już tu zgromadzili, to zaprezentujemy Państwu blok reklamowy”. Gdybym zdecydowała się opatentować taki wynalazek (o ile ktoś już mnie nie ubiegł) na pewno znalazły by się chętne studia filmowe i dystrybutorzy by z niego skorzystać.
A na koniec refleksja – gdyby od ceny produktu odjąć pieniądze jakie idą na nachalną jego reklamę i zabezpieczenia przed nielegalnym rozpowszechnianiem, niewykluczone, że cena okazałaby się na tyle przystępna, iż problem piractwa trochę by zmalał?

O ile lepiej by było gdyby nie wkurw, nie zmęczenie, nie trzaskanie drzwiami, no to bye, żegnam ozięble i wracam do SWOJEJ piaskownicy. A jeszcze lepiej gdyby udało się zachować zdrowy stosunek pracy do życia osobistego. A w ogóle cud miód by było gdyby ta cała triada, dobro-prawda-piękno to było jakieś rzeczywiste dążenie, a tylko dobry slogan do dyskusji.
W zamian dopadło mnie sporo roboty, kołoegzystencja z ludźmi o mentalności stonogi, co to wstała 50cioma lewymi nogami, zmęczenie, rozdrażnienie i bógwieco jeszcze. Bilans weekendu niby powinien być udany, spałam jakieś trzydzieści godzin, uczyłam się tańca brzucha (fajne!), a mimo to jestem zła, rozdrażniona, znowu zemdlałam, rozpłakałam się jakieś 30 razy i stwierdziłam, że najlepiej jest mi jak leżę na kanapie i coś sobie czytam. To tylko pogoda, stres i przepracowanie. Tak to sobie tłumaczę.


  • RSS